2. Turnus w Beskidzie Niskim

W tym roku Beskid Niski okazuje się być częstym celem kolibowych wypraw. Najpierw majówka, a teraz dwie kolejne ekipy wakacyjne zaglądnęły w te urokliwe rejony :)

DSC_0691

2. Turnus Hawiarskiej Koliby w Beskidzie Niskim rozpoczęliśmy 7-osobową ekipą w czwartkowe popołudnie 6.07. Dotarliśmy do Uścia Gorlickiego, odbyliśmy krótką naradę pod sklepem :) i ruszyliśmy w drogę do bazy w Regietowie. Na miejscu byliśmy ok. 00:30, zastaliśmy  nie-śpiącą jeszcze część ekipy pierwszej, płonące ognisko i pyszną herbatę z miętą.

7.07. odbyliśmy niezwykle wyczerpującą wyprawę, a mianowicie do sklepu w Smerekowcu i z powrotem. Niestety w drodze powrotnej rozpadał się deszcz i planowane ognisko przesunęło się w czasie, ale ostatecznie doszło do skutku. Ogólnie rzecz biorąc był to dzień luzu i nic-nierobienia. Tak na dobry początek ;)

Rano, jeszcze przed deszczem

Rano, jeszcze przed deszczem

8.07. opuściliśmy bazę w Regietowie i udaliśmy się, przez Jaworzynę Konieczniańską, do Radocyny. Trasę pokonywaliśmy w kierunku przeciwnym niż wcześniejsza grupa – na wspomnianym przez nich morderczym podejściu my walczyliśmy o przetrwanie schodząc (a niektórzy zjeżdżając ;) ). Tym bardziej, że wcześniej dopadła nas burza i szlak był mocno błotnisty. Gdy pokonaliśmy karkołomne zejście i nacieszyliśmy się względnym podsuszeniem ubrań, nadeszła kolejna ulewa (doświadczyliśmy na własnej skórze co oznacza ta słynna „radocyńska burza”) nie zostawiając na nas suchej nitki. Mogliśmy za to podziwiać mglisty, mroczny, magiczny krajobraz.

20132605_1430532627027651_469310666_o

20117289_1430532603694320_1742201045_n

Niczym krowy we mgle...

Niczym krowy we mgle…

Ostatnia tego dnia burza nadeszła jak wbiegaliśmy na bazę. Ze względu na duże zatłoczenie nam również Radocyna nie przypadła do gustu. Tym bardziej, że byliśmy jedynymi ludźmi, którzy przyszli tam na piechotę, a nie przyjechali samochodem…

9.07. Ten dzień można w skrócie określić jako ciężki. Z Radocyny mieliśmy bowiem dotrzeć do oddalonej o jakieś 30 km chatki Malucha w Ropiance. Po drodze zaliczyliśmy dłuższy postój pod sklepem w Wyszowadce, który został otwarty specjalnie dla nas.

I tutaj następuje dygresja o NAJWIĘKSZYM PRZEGRYWIE tego wyjazdu w wykonaniu drużyny A&A: Ponieważ Kurczak miał od tego dnia chatkować w Maluchu, spod sklepu zebraliśmy się wcześniej od pozostałych (czyli po jakiejś 1,5 h) i ruszyliśmy asfaltową szosą, łapiąc po drodze stopa. Nieczuli kierowcy mijali nas bezwzględnie (wstydźcie się!), żar lał się z nieba, stopy bolały coraz bardziej. Ostatecznie cały odcinek wzdłuż ulicy przeszliśmy na nogach (były to jakieś 4 km) a na miejscu… czekała na nas reszta, która posiedziała pod sklepem godzinę dłużej i złapała busa. Morał z tej historii wyciągnijcie sami.

Dzielna drużyna A&A

Dzielna drużyna A&A

Następnie szliśmy, szliśmy, szliśmy… szliśmy, szliśmy i szliśmy, na zachód słońca zaszliśmy na Baranie, a potem szliśmy i szliśmy dalej, by około północy doczołgać się w końcu ostatkiem sił do Malucha, gdzie dołączyła do nas Kasia, która złapała stopa prosto do chatki :)

10.07. Po przejściach dnia poprzedniego, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że wystarczy nam już tych gór. Poszliśmy tylko do Tylawy pożegnać Karinę, Krystiana i Łukasza, a wieczorem, gdy wyszliśmy posiedzieć na polanie, udokumentowane zostało potężne wykonanie „Jelenia”, przy którym gromy zeszły z nieba ;)

11-13.07. Kolejnego dnia rano pożegnaliśmy Kasię, Łukasza i Łukasza (co to, inne imiona na świecie już nie istnieją?!), a sami zostaliśmy w Maluchu, gdzie czas upływał nam mile na nic-nierobieniu oraz wykonywaniu drobnych prac chatkowych. Mieliśmy zostać do środy, ale jakoś tak przeciągnęło nam się do czwartku. Chatkopole działa!

Niestety i ten wyjazd dobiegł już końca, ale mam przeczucie, że Beskid Niski ujrzy jeszcze Hawiarską Kolibę w tym roku ;)

Rozpoczęcie wakacji :)

W Beskidzie Niskim spędziliśmy 5 dni, wędrując z Jaślisk do Wysowej-Zdrój wśród różnobarwnych łąk i zapachu kwitnących traw. Przemieszczaliśmy się niespiesznie, korzystając z uroków przyrody i słonecznej pogody, często wylegując się na napotkanych polanach. Uciechy dostarczały nam także obserwacje życia w skali mikro.

IMGP5628

Łąka w świetle zachodzącego słońca przy chatce AKT „Maluch” w Ropiance

IMGP5682

Zachód słońca w Ropiance

Pierwszego dnia, pomimo upału, szlak graniczny w kierunku Zyndranowej był bardzo błotnisty. Na drodze z Jaślisk do Lipowca brak ruchu, co stanowiło miłą odmianę, a w Lipowcu, przy niebieskim szlaku odbijającym do granicy, idealna do dłuższego postoju polanka, którą skrzętnie wykorzystaliśmy.

IMGP5602

W Lipowcu :)

IMGP5611

Rzeka błota na czarnym szlaku prowadzącym do chatki w Zyndranowej

Kolejnego dnia trasa nie była wymagająca, szliśmy z Zyndranowej do chatki AKT „Maluch” w Ropiance. Podmokłości nie były już tak dokuczliwe. Ciekawej konstrukcji studnia znajdująca się przy chatce stanowiła przez pierwszą godzinę od przybycia główną atrakcję. Schowana w środku lasu chatka z ciemnego drewna zrobiła na nas wrażenie. Wnętrze i obejście jak w skansenie. Dojście do chatki zostało świetnie oznaczone. Osoby zamierzające w niej nocować powinny poinformować bazową/bazowego o planowanym przybyciu, ponieważ można trafić np. na dzień uzupełniania zapasów i zastać chatkę zamkniętą do wieczora. Tak było w naszym przypadku. Na szczęście pogoda sprzyjała leżakowaniu w trawce. W chatce zabrania się spożywania napojów %, jest to więc kolejny powód, dla którego warto choć przez chwilę napawać się widokiem chatki z pola ;)

IMGP5692

Chatka AKT „Maluch” w Ropiance, z akcentem klubowym ;)

Następnego dnia zwinęliśmy się dość wcześnie, do przejścia z Ropianki do bazy namiotowej w Regetowie było ok. 11h drogi. Miłym zaskoczeniem na trasie były zastane (na szczycie Baranie i na przeł. Mazgalica) zadbane, drewniane wiaty – obudowane, zadaszone, z drzwiami – dobre miejsca na nocleg również dla większej grupy osób, oraz wieża widokowa (Baranie).

IMGP5702

Wiata na szczycie Baranie

IMGP5699

Widok z wieży widokowej ze szczytu Baranie

W końcu dotarliśmy do wsi Ożenna. Droga wojewódzka do wsi dalej (Grab*) była równie uczęszczana co leśna szutrówka, co oznacza, że stopa nie złapaliśmy. Sklep w Ożennej jest już nieczynny, ale działa jeszcze sklepik w odległej o 5 km Wyszowatce – co za radość :) Niestety dowiedzieliśmy się, że niedługo ma zostać zamknięty. Pod sklepem zrobiliśmy zasłużoną przerwę obiadową i przeczekaliśmy też przy okazji krótkotrwałą ulewę. Do Radocyny pozostało nam jeszcze jakieś 1,5h drogi. Baza namiotowa w Radocynie to dość zatłoczone miejsce, przez co nie przypadła nam do gustu, w przeciwieństwie do kolejnej – w Regetowie.

*Planując trasę w okolicach warto wiedzieć, że w Grabiu znajduje się schronisko młodzieżowe, w którym można za darmo przenocować po dokonaniu wcześniejszej „rezerwacji” telefonicznej.

IMGP5717

Zbawienie – sklep w Wyszowatce z bardzo miłą obsługą

IMGP5744

Czy mokra trawa smakuje bardziej? ;)

IMGP5756

Baza namiotowa w Radocynie

Przedostatniego dnia zmierzaliśmy do Regetowa. Z tego odcinka zapamiętamy na pewno cudowną polanę (pojawiła się jakby na zawołanie!) tuż przed zejściem do drogi w Koniecznej, cmentarz z I wojny światowej przy czerwonym szlaku w Koniecznej i zabójcze podejście na Jaworzynę Konieczniańską oraz niespodziewanie ładny widoczek, który wyłonił się spomiędzy drzew zdobytego w wielkich trudach szczytu. Może pozostawiony przez nas wpis zostanie kiedyś odczytany przez kolejne ekipy z Hawiarskiej :) Bazę namiotową w Regetowie uznaliśmy jednogłośnie za świetną miejscówę. Rozmowy przy ognisku toczyły się do późnego wieczora, a około 1-szej, po dotarciu drugiej ekipy klubowej, rozbrzmiała jeszcze gitara i śpiewy.

IMGP5772

Polana na zejściu do Koniecznej

IMGP5780

Cmentarz z okresu I wojny światowej na czerwonym szlaku z Koniecznej

IMGP5798

Jaworzyna Konieczniańska

Ostatniego dnia pozostało nam już tylko dojść na powrotnego busa do Krakowa z Wysowej-Zdrój przez Kozie Żebro. Trekking w Beskidzie Niskim to doskonałe rozpoczęcie sezonu wakacyjnego. Bardzo polecamy te opustoszałe rejony – spokojne, ciche, sielankowe – z przyrodniczego, a także historycznego punktu widzenia.

IMGP5696

Cerkiew w Olchowcu

IMGP5815

Polana w Regetowie

Hawiarska Koliba życzy niezapomnianych wakacji :)

Długi weekend

Hej!

Długi weekend w Tatrach Niżnych minął zdecydowanie za szybko. Wyruszaliśmy z Telgartu z planem przejścia granią Tatr Niżnych w kierunku Chopoka i auta zaparkowanego w okolicy zejścia ze szczytu. Niestety przegoniła nas pogoda i pobyt na Słowacji zakończyliśmy dzień wcześniej. Czwartkowy trekking dobrze nas nastroił, pogoda była jeszcze ładna. Szliśmy przez Kráľova hoľa, a na nocleg dotarliśmy do wygodnej i świetnie utrzymanej útulňa Andrejcova, gdzie za 2,5 euro można nacieszyć podniebienie wyrabianym na miejscu, zimnym piwkiem. Piątkowy poranek zapowiadał się równie dobrze co czwartkowy, ale, jak się okazało, nie na długo. Wyszliśmy dość późno i praktycznie od początku trasy towarzyszył nam mniejszy bądź większy opad. Widoczność była bardzo kiepska. Tego dnia dotarliśmy do útulňa Ramža. Nie udało nam się całkowicie dosuszyć, a pogoda dnia następnego zniechęcała do dalszej wędrówki. W sobotę zeszliśmy więc do Certovicy i łapaliśmy stopa w kierunku aut. Na zwieńczenie wypadu zatrzymaliśmy się na popas w Białce Tatrzańskiej, o dziwo wpuścili nas do restauracji :D  Pogoda niezbyt się udała, Tatry Niżne trzeba będzie ponownie odwiedzić, miejmy nadzieję, w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych!

Dla zainteresowanych szczegółami trasy wrzucam przydatne linki:

http://www.goryonline.com/graniowka-niznych-tatr,10242,i.html

http://www.nizketatry.sk/mapa/

I kilka zdjęć z wyjazdu poniżej :)

IMGP5461

W drodze na Kráľova hoľa

IMGP5391

Kráľova hoľa

IMGP5480

IMGP5459

IMGP5406

IMGP5471

IMGP5478

Półmetek Barbórki

I po Półmetku :(

Do Cyrli wyruszyliśmy w sobotę z Łabowej. Kilkugodzinna wędrówka w pełnym słońcu wymagała wielu postojów, zakończyła się upragnionym odpoczynkiem, tradycyjnym ognichem i śpiewograniem do rana :) Bardzo miło było spotkać się ze starszymi pokoleniami Kolibowiczów, na szlaku i na miejscu. Liczymy na dalsze zainteresowanie w kwestii kolejnych edycji tego wydarzenia!

IMGP4920

Hala Pisana

IMGP4925

Hala Pisana

IMGP4928

Ważne przesłanie!

IMGP5012

Ognicho w schronisku „Cyrla”

IMGP5117

Zejście do Rytra

Reszta zdjęć z weekendu w Beskidzie Sądeckim: https://goo.gl/photos/ZmamUf2Jgg9U3uKGA

Na kolejnym Półmetku widzimy się za rok, najprawdopodobniej na Przełęczy Knurowskiej :)

Majówka w Beskidzie Niskim

Tegoroczną majówkę kolibowa ekipa, licząca od 8 w porywach do 11 osób, postanowiła spędzić w naszym pięknym Beskidzie Niskim. Niezniechęceni nie za bardzo optymistycznymi prognozami pogody w sobotę (29.04.) pojechaliśmy do Dukli. Stąd, uprzednio posiliwszy się kebabem oraz napojem z lokalnego browaru, w końcu ruszyliśmy na szlak. Tego dnia zdobyć mieliśmy Cergową, górkę może niezbyt wysoką, ale za to o całkiem sympatycznym podejściu (lub, jak kto woli, „wyrypie”). Atak na szczyt odbył się w stylu dowolnym – niektórzy obrali drogę szlakiem (zdecydowana mniejszość),  reszta udała się alternatywnym skrótem (jak się okazało nieco bardziej męczącym :D ), z wyjątkiem pojedynczego osobnika, który wybrał marsz na przełaj. Szybko jednak z powrotem połączyliśmy siły i razem dotarliśmy do chatki w Zawadce Rymanowskiej, gdzie tego dnia wypadał nam nocleg. Wieczorem pośpiewaliśmy trochę przy dźwiękach gitar i niezapomnianych solówek na kazoo.

Odpoczynek na Cergowej

Odpoczynek na Cergowej

30.04. O świcie (czyli ok. 10:30) rozpoczęliśmy kolejny dzień wędrówki. Z Zawadki Rymanowskiej ruszyliśmy błotnistym szlakiem przez Piotrusia i Ostrą w kierunku Zyndranowej. Przez znaczną część naszej trasy, zarówno tego, jak i kolejnych dni, towarzyszyły nam powiewające na wietrze tasiemki wytyczające przebieg wyścigu rowerowego Dukla Wolf Race, który miał odbyć się tu od 5-7.05 (całe szczęście, że nie wtedy co my). Biorąc pod uwagę panujące warunki pewnie był to raczej marsz z rowerem na plecach :)

Na Piotrusiu

Na Piotrusiu

Nieustraszeni szliśmy dalej

Nieustraszeni szliśmy dalej

W chatce w Zyndranowej nasze szeregi zasiliła Marta, ratując znużonych wędrowców świeżą dostawą życiodajnego płynu. Z radości każdy (bez wyjątku!) zażył prowizorycznej kąpieli, potem granie, śpiewanie i do spania.

01.05. Celem dzisiejszego dnia była chatka Malucha w Ropiance, nasza trasa prowadziła przez szczyt Baranie. Pożegnaliśmy się z Darkiem i Rut, którzy musieli już wracać, i ruszyliśmy. Idąc sobie spokojnie przez las nagle naszym oczom ukazała się potężna, na pierwszy rzut oka wyglądająca na opuszczoną, budowla. Okazała się ona słowacką wojskową wieżą obserwacyjną. Wstęp kosztował 0,50 euro, więc stwierdziliśmy, że się szarpniemy! Było warto – z góry rozciągały się piękne widoki. Tylko o mało co nie zepsuliśmy najstarszej na Słowacji windy z 1974 r…

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Do zdobycia pozostało nam jeszcze Baranie. Na szczycie znajduje się drewniana wieża, z której, przy dobrej widoczności, można zobaczyć Tatry.

Na Baranim

Na Baranim

Ta wieża na pewno wytrzyma...?

Ta wieża na pewno wytrzyma…?

Wytrzymała! Było warto!

Wytrzymała! Było warto!

W szampańskich nastrojach wieczorem dotarliśmy do chatki Malucha, urokliwego miejsca, gdzie Kraków spotyka się z Warszawą. Większość, znużona całodzienną wędrówką szybko poszła spać, ale niektórzy zostali na wspólnym śpiewaniu do późnych godzin nocnych ;)

02.05. Wreszcie nadszedł najbardziej leniwy dzień naszej majówki. Wczesnym rankiem, jak jeszcze spaliśmy, opuścił nas Miłosz, który musiał zdążyć dostopować na ślub (udało mu się, chociaż ledwo :D ), a my, na lekko, udaliśmy się do oddalonego o ok. 1,5 h sklepu w Tylawie. Właśnie tam, kiedy spokojnie siedzieliśmy sobie pod parasolem, przyszedł jedyny większy deszcz podczas tego wyjazdu. Szybko jednak rozpogodziło się na tyle, że wieczorem udało nam się zasiąść przy ognisku z kiełbaskami i gitarami ;)

Przed chatką Malucha

Przed chatką Malucha

03.05. Niestety nadszedł dzień powrotu. Wcześniej jednak musieliśmy przejść ok. 3-4h trasę do Dukli, gdzie czekały na nas auta. Błoto, które towarzyszyło nam w poprzednich dniach, okazało się niczym w porównaniu z dzisiejszymi bagnami. Baliśmy się, że kierowcy nie wpuszczą nas do samochodów. Byli jednak wyrozumiali i, posiliwszy się ostatnim wspólnym kebsem, wróciliśmy do Krakowa.

Pożegnania nadszedł czas...

Pożegnania nadszedł czas…

PS. Dzięki za niezwykle klimatyczny wyjazd w ten urokliwy zakątek Polski ;) !

PS 2. JEEEELEŃ!